Zamknij

Sławek to był dobry chłopak

00:00, 06.11.2018 | P.G
REKLAMA
Skomentuj

Proces przed Sądem Okręgowym w Słupsku ruszył blisko rok po dramatycznych wydarzeniach. W listopadzie 2017 roku w kamienicy przy ulicy Ogrodowej w Chojnicach został zamordowany Sławomir B. Związani ze sprawą zostali aresztowani krótko potem. Zebranie dowodów, opinii biegłych, a przede wszystkim obserwacja oskarżonych i ocena ich poczytalności trwała kilka miesięcy. Specjaliści uznali, że domniemani sprawcy mogą odpowiadać przed sądem.
Bolesne dla rodziny
Pierwsza rozprawa odbyła się w środę 17 października. Do Słupska przyjechała prokurator Joanna Kapłońska-Gajewska oraz krewni zmarłego. Przed salą czekały siostra i matka Sławomira B. Nie chciały rozmawiać z prasą. Tłumaczyły, że sprawa jest dla nich zbyt bolesna. Zainteresowanie mediów było jednak spore. Oprócz dziennikarza „Czasu Chojnic” pojawili się także przedstawiciele kilku redakcji ze Słupska. Nikt nie ukrywał, że okoliczności sprawy są bardzo bulwersujące.
Chcieli wyrzucić media
Na salę sądową zostali doprowadzeni obaj oskarżeni. Mężczyźni byli ubrani w dresy. Zachowywali się spokojnie. Ich obrońcy już na początku przewodu sądowego złożyli wniosek o wyłączenie jawności. Argumentowali to okolicznościami, których ujawnienie w mediach mogłoby naruszyć zasady dobrych obyczajów. Chodziło głównie o okrucieństwo sprawców. Temu wnioskowi sprzeciwiła się prokurator. Przyznała, że sprawcy działali brutalnie, ale przesłanek do wyłączenia jawności nie ma. Sąd przychylił się do stanowiska oskarżyciela i przedstawiciele mediów mogli pozostać na sali.
Zebrani usłyszeli treść aktu oskarżenia. Wynikało z niego, że Krzysztof L. i Sławomir D., działając wspólnie i w porozumieniu, w nocy z 14 na 15 listopada 2017 roku bili i kopali po całym ciele 52-letniego Sławomira B. Ciosy były wymierzone między innymi w głowę. Ofiara przed śmiercią była duszona. Napastnicy drewnianym trzonkiem przebili jelita mężczyzny. Wstrząs pourazowy spowodował ostatecznie jego śmierć. Wychodząc z mieszkania, sprawcy zabrali też odtwarzacze DVD i MP3 o niewielkiej wartości 350 zł. W tym kontekście lżejszymi zarzutami było pobicie Izabeli M. i Mirosława D. Aresztowani zaatakowali ich przed zabójstwem. Poza tym oskarżony Krzysztof L. posiadał amfetaminę, którą policja znalazła w trakcie przeszukania.
Nie masz sumienia?
Jako pierwszy przesłuchiwany był Krzysztof L. Już na początku wspomniał o tym, że leczył się psychiatrycznie, bo „miał zwidy, że śledzą go ludzie, którzy chcą go zamordować”. Odmówił składania wyjaśnień i oświadczył, że będzie odpowiadał tylko na pytania swojego obrońcy i sądu. Odczytano więc jego wcześniejsze zeznania. Umniejszał w nich swój udział w zdarzeniu i ciężar winy kierował na kompana. Stwierdził w zeznaniach, że to Sławomir D. bił ofiarę butelkami po głowie i użył trzonka od miotły, bo miał zatarg ze zmarłym. W trakcie kolejnych przesłuchań przyznawał się tylko do udziału w pobiciu. W sądzie 46-latek kilka razy zmieniał wersję i zeznawał niespójnie lub zasłaniał się niepamięcią. Potem stwierdził, że może raz czy dwa razy uderzył zmarłego butelką w głowę. Tego nie wytrzymała krewna ofiary. – Dlaczego pan tak kłamie? Dlaczego mu to zrobiliście, czy pan nie ma sumienia? Nawet nie mógł się bronić – pytała siostra Sławomira B. Odpowiedzi nie było.
To był dziwny dzień
W przedstawionej przez Krzysztofa L. wersji to Sławomir D. był głównym inspiratorem i sprawcą ataku na ofiarę. – Przynieśliśmy swój alkohol, byliśmy tam około godziny. On (D. – przyp. red.) się zaraz po wejściu na niego rzucił. W biciu to sobie zrobił przerwę na picie. Ja denata nie znałem. To D. go znał i nie lubił, bo robił w tej kamienicy jakieś awantury. Ofiary nie biłem, tylko się przyglądałem – mówił Krzysztof L.
– A pana to nie dziwiło, że drugi oskarżony bije człowieka? – pytała sędzia. – Nie wiem, ja się tylko przyglądałem. W ogóle ten dzień był jakiś dziwny. Czułem jakieś zobojętnienie, żadnych emocji – stwierdził. Zrzucał też winę na drugiego oskarżonego w zakresie zarzutów o pobicia. Stwierdził nawet w sądzie, że to Sławomir D. kazał mu zabrać sprzęt z mieszkania zamordowanego. Sporo uwagi poświęcił za to opisowi swoich stanów lękowych i pobytowi w szpitalu psychiatrycznym. Musiał go opuścić, bo upił się w trakcie terapii.

Fragment materiału archiwalnego. Cały artykuł ukazał się w "Czasie Chojnic" z 25 października 2018 r., nr 43/852.

REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© czas.tygodnik.pl | Prawa zastrzeżone