Zamknij
REKLAMA

Siedemnaście tysięcy kilometrów rowerem

08:00, 09.10.2021 | E.K
Skomentuj Podróż Daniela Kocuja trwała cztery lata. W tym czasie zdążył zwiedzić różne kraje, m.in. Indonezję, Tajlandię, Indie, Wietnam i Birmę. Napisał o tym książkę.
REKLAMA

– Oczywiście, że się bałem. Myślałem sobie, ile rzeczy może się wydarzyć w czasie takiej podróży. Całe szczęście, że znalazłem kompana, który mi towarzyszył – mówił podróżnik Daniel Kocuj. Rowerem przejechał z Australii do Polski, a we wtorek w Bibliotece Publicznej w Czersku opowiedział o swoich przygodach zgromadzonej publiczności.

Na spotkanie z autorem książki „Bike’owa podróż. Z Sydney do Szczecina” zaprosiła Małgorzata Kowalewska-Remisz, kierowniczka bibliotek publicznych w gminie Czersk. Na zgromadzeniu stawili się głównie uczniowie Szkoły Podstawowej nr 2 w Czersku. Podróżnik opowiedział o spotkaniach z mieszkańcami odwiedzonych krajów, pięknych krajobrazach oraz o przygodach, jakie czekały na niego w czasie wyprawy.
Odpowiednie przygotowanie
Mężczyzna do takiej podróży musiał się odpowiednio przygotować. Rower postanowił wykonać samodzielnie. – Zamówiłem specjalne obręcze oraz szprychy i zaplotłem koła. Jak już miałem koła i znałem szerokość opon, wtedy dobrałem ramę. Zrobiłem rower ze stali – chciałem, aby był niezawodny. Nie mogłem pozwolić sobie na duże naprawy, ponieważ w czasie drogi nie miałem specjalistycznych narzędzi – tłumaczy podróżnik.
W wycieczce po Australii panu Danielowi towarzyszył poznany w Warszawie Amerykanin, Zander. – Miałem szczęście, bo mój kompan ma jedną wielką zaletę – nie narzeka – zaznacza Kocuj. Aby zarobić na podróż, mężczyźni podejmowali się różnych prac. Zajmowali się na przykład wykańczaniem domów, a także pracowali na farmie arbuzów.
Niezapomniane przygody
Kiedy podróżnicy już zarobili wystarczająco dużo pieniędzy, mogli się wybrać w dalszą trasę. Czekało na nich sporo przygód. Wspominają swoje spotkania z rdzennymi mieszkańcami Australii, Aborygenami, oraz trudy drogi. – Na szlaku najważniejsza jest oczywiście woda. Pewnego dnia spojrzałem na mapę i zdałem sobie sprawę, że do następnej rzeki mamy 120 kilometrów. Udało nam się tam dojechać wieczorem. Niestety, koryto rzeki było suche. Gdy pomyślałem, że jedziemy któryś dzień z rzędu, pali słońce, boli tyłek, pot spływa, a wody nie ma, to człowiekowi aż chciało się płakać. Wtedy z zarośli wyszedł Nick, który miał przy sobie pełen bukłak wody. Całe szczęście mężczyzna nas polubił i nauczył jak polować, jak znaleźć wodę i jak upiec chleb w ogniu – wyjaśnia.
Kiedy już udało się zjechać Australię wzdłuż i wszerz, nadeszła pora na dalszą podróż. – Zander nigdy nie pisał się na dalszą wyprawę, więc dalej musiałem radzić sobie sam. Przez ten czas jednak wiele się nauczyłem i nie byłem już tym samym facetem – tłumaczy podróżnik. W Indonezji często spał na plantacjach palmowych. – Odległości między drzewami sprawiały, że czułem się bezpiecznie. Jednak nie spodziewałem się, że plantacje upodobały sobie też różne zwierzęta, na przykład jaszczurka waran z Komodo, która ma trzy metry – wspomina.
tekst i fot. Iwona Papierowska

Materiał archiwalny. Artykuł ukazał się w „Czasie Chojnic” 16 września 2021, nr 37/1003.

(E.K)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%